Wyobraźmy sobie sytuację, gdy napięcie jest w nas nieustannie podskórnie obecne, stale wysyłając nam przypomnienia o swojej obecności. Grożące palcem, że za chwilę rozwinie się ono w objawy. Kiedy czujemy, że nasz kark nieprzyjemnie się obkurcza i za nic nie możemy zatrzymać tego procesu. Albo gdy czujemy jak lędźwie spazmatycznie skracają się po jednej ze stron i zaraz rozbolą nas plecy. Kiedy myśli torpedują nas i już wiemy, że alert w umyśle za nic nie pozwoli nam zasnąć. I nawet zamykając powieki w poszukiwaniu uspokojenia nasze wewnętrzne oczy są szeroko otwarte, niespokojnie rozglądające się wkoło. Ten stan, kiedy jest nam niewygodnie w sobie, gdy wszystko w nas jest kanciaste, sztywne i nie pasujące do reszty. I chcemy się od tego odciąć. I szukamy dróg ucieczki…
Właśnie tak czuje się człowiek, który opuścił ciało i musiał zaufać kontrolującej opiece umysłu. Który nie doświadczył wystarczająco obecnych, opiekuńczych ramion, by móc zaufać swojemu ciału i odpowiadać na jego potrzeby zanim wygenerowane zostaną objawy. Taka osoba czuje się skazana na swoje ciało i na dolegliwości z niego płynące, nie mając w kontakcie, że za nimi ukryty jest cały wachlarz wypartych uczuć. Równocześnie rok za rokiem narasta wewnętrzne poczucie, że jest coraz gorzej i nie mamy wpływu na to, co dzieje się w ciele. A ono, dzikie i obce, „atakuje” nas jeszcze bardziej wyrafinowanymi objawami. Z dnia na dzień narasta w nas bezradność i frustracja wobec miażdżącego zacisku u podstawy czaszki czy zbyt ciasnej klatki piersiowej, która nie pozwala wziąć tyle powietrza, ile byśmy chcieli. Bezradność, która przeradza się we WŚCIEKŁOŚĆ wobec ciała i w końcu utrwala się w postaci ZASTYGŁEJ WROGOŚCI względem niego. I gdy ponownie następuje eskalacja symptomów wydaje się, że jedyne upływ czasu jest ratunkiem. Czekamy aż objawy się wyciszą. Czasem przespana noc przynosi ulgę. Niekiedy leki czy sport dają wytchnienie. Ale nasze sposoby działają coraz słabiej. I tak żyjemy ze stałą obawą, że dolegliwości znowu powrócą, a my będziemy chodzić z napięcia po ścianach….
Nie mamy, a właściwie nie znamy sposobów, by się sobą zająć i ukoić. Wiemy, jak się skontrolować, stłumić i wytrzymać, tego nauczyliśmy się dawno temu. Umysł, który przejął funkcje opiekuńcze, nie jest w stanie realnie zająć się ciałem. Oto iluzja upada. ROZBUDOWANA KONTROLA NIE ZAPEWNI DOSTĘPU DO ROZLUŹNIENIA.
O powodach przepełnienia napięciem mogliście Państwo czytać w części pierwszej (link na końcu artykułu). Dziś idziemy o krok dalej odpowiadając na pytanie, jak sobie pomóc? Bo potrzeba pomocy, tej realnej, dosłownie namacalnej i odczuwalnej. Tak jak konieczne jest zrozumienie, dlaczego jestem w stałym stanie pobudzenia (reaktywności nerwowo- mięśniowej), nie umiem puścić i odpocząć, tak konieczne jest praktyczne nauczenie się opieki nad sobą.
Im bardziej aktywny, pobudzony, kontrolujący umysł, tym bardziej napięte, sztywne, a ostatecznie pełne objawów ciało. Uspokajając umysł rozluźnimy ciało. Ale przecież ta droga działa w obie strony. Wpływając na ciało możemy wyciszyć umysł i pozwolić mu w końcu zająć właściwą pozycję: uważnej obecności zamiast kompulsywnej kontroli. Mamy ku temu przynajmniej dwie ścieżki bezpośredniej pomocy. Pierwsza to zajęcie się pancerzem mięśniowym. Druga to pozwalanie na stopniowe przeżywanie uczuć zapisanych w ciele i nawiązanie z nim wzajemnej, przyjaznej relacji.
Pracując z PANCERZEM MIĘŚNIOWYM, równocześnie pracujemy z PANCERZEM CHARAKTEROLOGICZNYM, a więc siatką uwarunkowań wynikających z doświadczeń z przeszłości, która sprawia, że jesteśmy tym, kim jesteśmy i reagujemy tak, jak reagujemy. Niosąc w sobie zapis wstrząsu głowowego potrzebujemy podjąć konkretne kroki, by nawiązanie relacji z ciałem było możliwe i by stało się ono ponownie naszym DOMEM. Podana kolejność jest przyczynowo-skutkowa, ale niech to Państwa rytm wynikający z procesu będzie przewodnikiem!

Krok 1:
ZWRÓCENIE SIĘ W STRONĘ CIAŁA JAKO ALTERNATYWY DLA UMYSŁU.
Samo intelektualne dopuszczenie możliwości, że ciało może stanowić dla mnie zasób i wsparcie, a nie tylko zagrożenie i obciążenie, jest odkrywcze. Zaciekawienie się swoim ciałem, zwrócenie na niego życzliwej uwagi, zauważenie reakcji pojawiających się w nim (nie tylko tych objawowych), jest pierwszym etapem poszerzającym percepcję świata, który dotąd był ograniczony postrzeganiem jedynie umysłowym.

Krok 2:
POZNANIE SWOJEGO CIAŁA I ODCZUĆ Z NIEGO PŁYNĄCYCH.
Zwracając się w stronę ciała zaczniemy je poznawać. Dostrzeżemy, jak jest żywe i ile komunikuje. Odkryjemy, że chce być z nami w dialogu, choć początkowo bardzo jednostronnym, bo my wydajemy się być ślepi i głusi na jego apele. I nagle okaże się, że często przed dolegliwościami pojawiają się uczucia. I że w ogóle jest ich bardzo dużo. I co ważne, są różne! Nie tylko te, których tak unikamy. Ale też te, których nam brakuje. One tam są i czekają na połączenie. Przyjęcie, że zapis jaki nosimy w ciele stanowi cześć naszego doświadczenia i nie jest przeciwko nam, a jest po prostu częścią nas, otwiera nową perspektywę: „to od czego tak wrogo się oddzieliłam(em), jest częścią mnie. Odrzuciłem(am) część siebie! Czy nadal ma to sens?”

Krok 3:
ROZGOSZCZENIE SIĘ W CIELE.
Gdy zaczniemy odczuwać nasze ciało, okaże się, że jesteśmy spokojniejsi. Paradoks:
„Kiedy odważyłem się poznać i poczuć to, co odrzucałam (em), straciło to na intensywności! Już się tego nie boję! Już nie muszę się chronić, a więc mogę mniej kontrolować. Co więcej okazuje się, że kiedy czuje to „straszne ciało”, jest mi jakoś raźniej. Jakbym miał siebie?! Czuje też bardziej ziemię pod stopami. Mam większą jasność tego, co się we mnie dzieje”.
I tak pojawiają się zapowiedzi jakości, za którym nieświadomie tęskniliśmy: poczucia wsparcia i wpływu. Nasze ciało staje się dla nas najlepszym schronieniem i oparciem.

Krok 4:
PRZEJŚCIE Z REAKTYWNOŚCI DO AKTYWNOŚCI.
Uświadamianie sobie, jakie zachowania wynikają z PRZYMUSU kontroli, czego od nas WYMAGAJĄ i jakie KOSZTY w związku z nimi ponosimy, pozwoli na stopniowe WYCOFYWANIE działań reaktywnych na rzecz BYCIA. Dzień po dniu rozpoznajemy, co jest stanem aktywności, a co kompulsywną nadprodukcją i konsekwentnie wygaszamy to, co nadmiarowe.

Krok 5:
ROZPOZNANIE, CO LUBI, CO GO SPINA…
Kiedy znamy już schemat zachowań wynikających z przymusu kontrolowania, pojawia się wolna przestrzeń, w której możemy zwrócić się w stronę ciała i zacząć sprawdzać, co lubi, co sprawia mu przyjemność, co mu służy, a co go spina czy wyczerpuje. Powoli doświadczamy, że nasze ciało (no właśnie już nasze) bardzo na nas odpowiada. Być może jak nikt dotąd. Siłą płynąca z tej nowej wymiany wypełnia nas czymś dobrym, czego być może nie umiemy jeszcze nazwać, ale czujemy jak jest to kojące.

Krok 6:
ZAUFAĆ CIAŁU.
Z czasem zaczynamy wierzyć w te nowe, pojawiające się jakości. Dociera do nas, że to nie ciało nas zawiodło, to raczej my je porzuciliśmy. Chcemy mu ufać, ale co ważniejsze chcemy, by ono nam zaufało. Życie bez niego wydaje się jedną wielką mistyfikacją tworzoną przez iluzje umysłu. Słuchając ciała, podążając za nim, dajemy sobie najpiękniejsze lekcje ufności i powierzania się WE WŁASNE RĘCE, bo już przeczuwamy, że one nas utrzymają, że one tam są dla nas!

Krok 7:
OPIEKA NAD UKOCHANYM DZIECKIEM…
I tak oto pewnego dnia czujemy się połączeni z ciałem, a właściwie może czujemy się gotowi powiedzieć: ZE SOBĄ! I chcemy się sobą zaopiekować w całości, nawet jeśli nie doświadczyliśmy tego nigdy wcześniej. Zajmując się sobą, dając sobie to, czego nie dostaliśmy w przeszłości, stajemy się sami dla siebie rzeczywistym, fizycznym trzymaniem, przestając się ograniczać do wyobrażenia o trzymaniu. I być może właśnie w tym momencie jesteśmy gotowi pozwolić, by inni ludzie nas „potrzymali”. Zarówno metaforycznie będąc z nami w bliskości emocjonalnej, jak i dosłownie np. w objęciu. A my wtedy będziemy mogli się rozluźnić i pozwolić im, by zatroszczyli się o nas.

Zdradzone ciało bywa potwornie nadużyte. Im bardziej musieliśmy zwrócić się w stronę rozbudowy fałszywego self ulegając iluzji opieki umysłu, tym bardziej wrogi stosunek do niego mamy. Często towarzyszy nam wewnętrzne przeświadczenie, że przekraczanie swoich możliwości, bezwzględne wymagania i ścisła kontrola jest właśnie dobrym traktowaniem siebie. Przejście ścieżki ku sobie zajmie zapewne kilka lat. Złamane zaufanie nie jest łatwo odbudować. Ale czy jest to możliwe? Zdecydowanie TAK!

NA ILE WSTRZĄS GŁOWOWY JEST MOJĄ HISTORIĄ?

Poczucie opisywane jako „stary malutki” obrazuje najlepiej skutki wstrząsu głowowego w przeżyciu dziś już dorosłego człowieka. Taka osoba może powiedzieć: „odkąd pamiętam, czułem się tak bardzo stary, zmęczony niezrozumiałym dla mnie ciężarem, jakbym przeżył już to życie kilka razy”. Prewerbalna trauma reaktywuje przedwczesny rozwój ego. Skutkuje to stałym przymusem bycia kilka kroków do przodu: rozumienia przed innymi, dostrzegania wszystkiego wcześniej, przewidywania reakcji innych, zabezpieczania kilku mogących nastąpić scenariuszy. To jest chleb powszedni, którego smak od wczesnego dzieciństwa jest zbyt dobrze znany.

Pełne spektrum objawowe z taśm: wzrokowej, oralnej i karkowej jest somatycznym obrazem wczesnego urazu. Nie tylko mięśnie karku i górnych pleców będą w stanie reaktywności, ale cała twarz przyjmie MASKĘ ALERTU. Z jednej strony będąc w znieruchomieniu, z drugiej w nadaktywności napięciowej. Wygładzone oblicze w pełnym gotowości oczekiwaniu, „z oczami dookoła głowy” jest zapisem wstrząsu głowowego (więcej o reakcjach ciała w książce „Psychoterapia przez ciało” w cz. V).

KIERUNEK ZDROWIENIA: DOKĄD ZMIERZAĆ?

Tak jak nasze środowisko wewnętrzne jest w stanie równowagi zwanej homeostazą, nasz układ nerwowo-mięśniowy również potrzebuje prawidłowego napięcia. Zdolność do EUTONII to możliwość wpływu na rozluźnienie własnego ciała tak, aby uzyskać optymalny stan spoczynkowy. Jest to przeciwwaga dla chronicznego napięcia mięśniowego. Ta umiejętność wymaga od nas kontaktu ze sobą, uwrażliwienia na bodźce płynące z ciała, podążania za nim tak, by uzyskać stan głębokiego odczucia ciężaru ciała poddanego grawitacji. Na zajęciach bardzo często opisuję to w taki sposób:

„Połóż się na ziemi i oddaj jej swój ciężar. Pozwól jej Cię potrzymać. Ty już nie musisz trzymać. Zaufaj. Odczuj, że ona tam jest, że podpiera Twoje plecy, pośladki i głowę. Warstwa po warstwie roztapiaj swoje napięcia, oddawaj zawieszenia, pozwól sobie być bez zbroi. Pozwól sobie odczuć swoją miękkość i płynność wobec twardości i stałości ziemi”

W każdej przyjętej pozycji można do siebie tak mówić: siedząc, stojąc, leżąc. Oddawać i rozpuszczać napięcia, które trzymają „pamiątki” z naszej przeszłości.

DOŚWIADCZENIE „Oddając ciężar”

Siedząc oddajmy naszą dłoń do potrzymania drugiej osobie. Czy możemy się rozluźnić? Czy asystujący doświadcza ciężaru naszej ręki? Z każdym oddechem próbujmy oddawać ją coraz pełniej. I wtedy zamknijmy oczy. Druga osoba niech zacznie poruszać naszą ręką w dowolnych kierunkach, ale spokojnie. Czy pozwalamy jej na to? Jak się czujemy? Czym reagujemy? Co zmieni otwarcie oczu?
To doświadczenie da wgląd, zarówno w poziom naszego poczucia bezpieczeństwa, jak i kontroli. Jeśli jest ona wysoka, zaufanie zarówno do ciała jaki i drugiej osoby będzie niskie.
Możemy mieć bardzo różne reakcje na to doświadczenie. Już na samym początku może nas napiąć fakt, że ktoś coś dla nas ma zrobić. Może nas męczyć kontakt bezpośredni, a bliskość krępować. Możemy również przeżywać intensywny dyskomfort związany z obawą, że jesteśmy za ciężcy. W zależności od tego jakie były nasze doświadczenia pierwotnego trzymania, taki wzorzec uruchomimy.
Oczywiście część z nas szybko skontroluje sytuację, odłączy czucie i przejdzie do głowy pofantazjować albo przejrzeć listę zakupów na jutro. Znajdzie rozwiązanie dla narastającego dyskomfortu, przez odizolowanie się od sytuacji i wycofanie do wnętrza porzucając ciało. Niektórzy z nas będą mogli powierzyć rękę, ale może okazać się, że kiedy mamy oddać nogę czy głowę kompletnie się usztywnimy, a pomagająca osoba poczuje stalowy pal w dłoniach, który nijak się nie poddaje. Możliwość powierzenia swojego ciała pozostając w łączności z nim drugiej osobie jest kolejnym krokiem do przywracania właściwego porządku: UMYSŁ MOŻE ODPOCZĄĆ, JEST KTOŚ KTO SIĘ MNĄ ZAJMIE!

PRAKTYKA 1 „Pohuśtajmy się”

Na początku proponuję Państwu praktykę z ręcznikiem. Sam dotyk może wywoływać zbyt dużo niepokoju. Na rysunku widzicie Państwo najpełniejszą, ale i najtrudniejszą wersją rozluźnienia, bo dotyczy ona samej głowy. Zanim jednak się nią zajmiemy, oswójmy ciało i umysł zaczyniając od takiej części nas, którą możemy łatwiej puścić np. nogę. Pozwólmy by druga osoba włożyła ją w ręcznik na wysokości Achillesa, delikatnie unosząc 2-3 centymetry. Powoli niech zacznie nią bujać. Asystujący powinien czuć zwiększający się ciężar. Niech zmienia tempo i kierunek ruchu tak, by pomagać w uświadamianiu sobie jak bardzo „pomagam”. Kiedy rozpoznamy tę praktykę i nabierzemy do niej zaufania, będzie o wiele łatwiej puszczać głowę.

PRAKTYKA 2 „Odciążanie głowy” (rysunek).

Gdy jesteśmy w roli pomagającego zrolujmy ręcznik tak, by był dość cienką taśmą i włóżmy go pod potylicę ćwiczącego. Napnijmy ręcznik lekko w stronę sufitu, ale jego głowa ma dalej pozostać w kontakcie z podłożem. Zacznijmy przetaczać głowę poprzez naprzemienne prostowanie rąk raz w jedną, raz w drugą stronę. Wolno, spokojnie badając ograniczenia, sztywności, bóle, niepokoje. W tych pierwszych chwilach ćwiczący niech zgłasza wszystkie niedogodności np. zagięte ucho pod ręcznikiem, by znaleźć dla siebie pełny możliwy komfort. Szukajmy takiego ruchu w jego częstotliwości i skali, by jak najbardziej wpływał rozluźniająco na osobę, którą się zajmujemy. Na niektórych dobrze działa na przykład szybsze tempo. Sprawdzajmy, co ułatwia puszczenie głowy, powierzenie jej ciężaru i ODPOCZYWANIE. Z czasem to doświadczenie pozwoli pełniej otworzyć się na swoje potrzeby. Będziemy chcieli, by się nami więcej zajmowano. Właśnie to stanowi kolejny krok do przywracania jakości zaufania w kontakcie z innymi ludźmi.
Oczywiście na naszej ścieżce huśtania mamy miednicę i klatkę piersiową, które będą zachwycone, jeśli je również pobujamy! Wszędzie tam możemy podłożyć ręcznik, dać ciału odciążenie i pokołysać nim.
Pamiętajmy byśmy jako asystujący robili to z ugiętych kolan, a nie z pochylonego kręgosłupa.
Z czasem, kiedy możemy oddawać nasze ciało w pracy z ręcznikiem i przynosi nam to ulgę, możemy zechcieć, by potrzymano naszą głowę w dłoniach. Być może poczujemy jak bardzo potrzebuje ona dotyku, głaskania czy rozmasowania. Dobry, wrażliwy masażysta, który zajmie się naszą głową jest na wagę złota!
Być może dopiero po takiej praktyce dla ciała, poczujecie się Państwo gotowi, by naprawdę uziemić głowę we własnych rękach. Być może właśnie teraz będziecie mogli oddać ją w czyjeś ręce równocześnie się nie odcinając. Rozumiejąc siebie możemy łatwiej przyjąć wszystkie przez lata odrzucone aspekty self. Ciężar uwewnętrznionego obiektu pierwotnego musi WYBRZMIEĆ i znaleźć PRZECIWWAGĘ w AKTUALNYCH doświadczeniach pozwalających na budowanie zaufania. Z czasem opierając głowę o czyjeś plecy poczujemy ciężar rozluźnionej głowy i kojący spokój w środku wynikający z możliwości poddania się: JA NIC TERAZ NIE MUSZĘ. SĄ INNI, KTÓRZY MNIE TRZYMAJĄ, A JA MOGĘ PUSZCZAĆ!

Pożegnanie iluzji o tym, że umysł mną się zaopiekuje, uwolni dzisiejszego dorosłego od eskalacji napięć. I tak wychodzimy ze stanu reaktywności do aktywności. Z nadmiaru do umiaru. Z kontroli do uważności. Z wymagań do troski. Z działania do bycia. Z dystansu do bliskości.
Czy właśnie nie tego najbardziej brakuje nam dziś: bycia BLISKO ze sobą i bycia bliżej z innymi.

Marzena Barszcz,
Psychoterapeutka w Analizie Bioenergetycznej.

Więcej wyjaśnień i praktycznych ćwiczeń wraz z ilustracjami znajdziecie Państwo w książce „Psychoterapia przez ciało”, przede wszystkim w części V w rozdziałach 2 i 3 dotyczących taśmy wzrokowej i oralnej: https://www.instytutanalizybioenergetycznej.com/…/psychote…/

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Etiam faucibus molestie facilisis.

[contact-form-7 id="4" title="Contact form 1"]